Terapia przez sztukę – dwie drogi

O tym, jak sztuka leczy

Znam obie drogi. Moje życie jest dowodem na to, że kontakt ze sztuką może być wartościowym i ważnym aspektem życia codziennego. Od zawsze czułem coś niesamowitego i przyciągającego jak słyszałem muzykę. Jak rysowałem i malowałem. Jak czytałem książki i komiksy. W latach szkolnych rozwijałem pasje artystyczne. Zostałem plastykiem. Nauczyłem się gry na kilku instrumentach. Zająłem się pisaniem wierszy i dramatów. Wszystkie te działania łączyła ogromna wewnętrzna potrzeba.

Nigdy nie zastanawiałem się, czy mam talent rozumiany jako jakiś dar, który trzeba rozwijać. Granie na instrumentach, rysowanie, czy pisanie przychodziło naturalnie i spontanicznie jak chodzenie, jedzenie i spanie. Teraz wiem,  co było  przyczyną, że miałem tak wielką potrzebę  twórczej aktywności. Opowiem o tym dalej.

Prosto

Oczywiście pomocne w tym, że mogłem tworzyć, było wsparcie rodziny, która umożliwiała mi taki tryb rozwoju. Nie byłem jednak osobą zbyt wierzącą w swoje działania artystyczne i jak reszta rówieśników traktowałem to jako coś dodatkowego, jak hobby. Podobnie jak wiele osób z mojego pokolenia dałem się oszukać, że być dorosłym to znaczy zająć się „poważną” pracą. A sztuka to taka „zabawa”. Jednak mój wewnętrzny głos pochodzący pewnie z samego serca nie pozwalał mi przestać tworzyć.

Wszelkie próby szukania „normalnego” zajęcia kończyły się niepowodzeniem. Czułem, że tylko mając kontakt ze sztuką, jestem sobą i to chcę robić, ale brakowało mi wiary w siebie. Jako muzyk brałem udział w wielu ciekawych projektach. Na przestrzeni czasu zastanawiałem się, dlaczego mnie zapraszano do udziału, chociaż technicznie nie jestem wybitny.  Odkryłem, że to jak czuje muzykę i jak potrafię w niej autentycznie być całym sobą, jest moim atutem. Potrzebnym szczególnie przy tworzeniu i wspólnym graniu.

Prościej

Szukając sobie jakiejś zawodowej przestrzeni, cały czas rozwijałem swoje pasje muzyczne, plastyczne i literackie. Później pojawiła się fascynacja tym jak te rzeczy, oddziaływają na mnie i na innych ludzi. Poszukiwałem odpowiedzi w pedagogice, filozofii, psychologii. W pewnym momencie wszystko połączył jeden Pan – Carl Gustaw Jung. Dzięki niemu zagłębiłem się w zagadnienia z psychologii analitycznej, psychoanalizy i psychoterapii poszukując znaczenia sztuki w życiu człowieka. Odnalazłem dużo.

Zrozumiałem, że to, co robiłem od dziecka,  szczególnie w okresie nastoletnim było autoterapią, a dokładniej terapią przez sztukę. Malowanie i rysowanie było rozmawianiem z moim wnętrzem. Granie na pianinie i gitarze było wyrażaniem uczuć smutku, złości, samotności, wzruszenia, zakochania. Czytanie i pisanie było szukaniem tego, jak można rozumieć świat, siebie i innych oraz jak odnaleźć sens w życiu. Do pewnego momentu ta autoterapia przez sztukę była bardzo skuteczna. Nie rozsypałem się dzięki niej. Doświadczyłem na sobie, jak sztuka leczy.

Najprościej

Badając w okresie studiów, co łączy pedagogikę, psychologię, kulturoznawstwo, filozofię i sztukę dowiedziałem się od strony naukowej, jak aktywność artystyczna działa na człowieka. Zainspirowany kontaktem z pisarzem, analitykiem i badaczem procesu twórczego śp. Czesławem Dziekanowskim oraz zaczytany w pracach Junga i Freuda, usiadłem do pisania tekstu. Ogromnego wsparcia udzielił mi dr hab. Tomasz Olchanowski, który prowadził mnie przez tajniki psychologii analitycznej, pokazał szersze patrzenie na pedagogikę, antropologię i nauki wschodu, (także skutecznie ostrzegał mnie przed stanami inflacyjnymi, które w tamtym czasie odczuwałem). Tak powstał tekst pt. „Kulturowe ścieżki indywiduacji”.

Moje skupienie się na teoretycznej stronie procesu twórczego powoli gasło. Okazało się, że jest sposób, żeby połączyć naukowe pasje z moimi prywatnymi doświadczeniami ze sztuką. Postanowiłem, że zostanę arteterapeutą. Uznałem, że jeżeli mi pomogły twórcze działania i już rozumiem jakie naukowe i kulturowe znaczenie ma sam proces twórczy, to spróbuję pomagać innym. Aby to robić potrzebowałem poznać metody i techniki profesjonalnej terapii przez sztukę. Tak też się stało.

O samej pracy arteterapeutycznej, moich doświadczeniach i odkryciach będę opowiadał przy innych okazjach.

Praktycznie

Teraz chciałem nakreślić powyższy rys autobiograficzny, żeby rozróżnić dwie, znane mi drogi terapii przez sztukę:

Pierwsza droga to po prostu arteterapia. Dokładniej jest to rodzaj psychoterapii, gdzie w procesie terapeutycznym wykorzystuje się różne dziedziny artystyczne. Od samego dzieła ważniejszy jest proces tworzenia lub oddziaływania sztuki. O procesie arteterapeutycznym mówimy, wtedy gdy mają miejsce prowadzone przez specjalistę działania związane z  tworzeniem lub kontaktem ze sztuką, ukierunkowane na zmianę, rozwój lub poprawę kondycji psychicznej. Jeżeli ktoś sam tworzy i korzysta ze sztuki w celu terapeutycznym, to jest to oczywiście wartościowe działanie, natomiast nie jest to arteterapia.

Mówiąc inaczej arteterapeuta świadomie i celowo tworzy lub wypełnia bezpieczną przestrzeń do tego, aby nastąpił proces leczenia przez sztukę. Co to znaczy praktycznie? Oznacza to, że jak na przykład maluje obraz, to coś odczuwam, coś wyrażam i terapeuta pomaga mi  do tego dotrzeć i to zrozumieć.  Jest przy mnie podczas aktu twórczego, który sam w sobie bywa ważniejszy od działa.  Jest przy mnie, gdy patrzę na moje dzieło i pomaga mi dostrzec to czego sam nie zobaczę, lub pomaga udrożnić dostęp do uczuć, których nie byłem świadomy. Analogicznie jest z każdym innym rodzajem sztuki.  Może to być taniec, teatr, śpiewanie, granie na instrumentach, czy nawet wspólne słuchanie muzyki i czytanie książek.

Podsumowując: do korzystania z tej drogi leczenia przez sztukę potrzebujemy drugiego człowieka – arteterapeuty, co powoduje, że jakość tego procesu znacznie wzrasta.

Praktyczniej

Druga droga to indywidualny kontakt ze sztuką. Czasami specjaliści nazywają to autoarteterapią. Co ma sens raczej w sytuacji, gdy naszym zamiarem jest nie tylko same artystyczne działanie, lecz świadoma pomoc samemu sobie lub poprawa kondycji psychicznej. Najczęściej jednak sięgamy po sztukę w celach rozrywkowych, relaksacyjnych i edukacyjnych. Zazwyczaj słuchamy muzyki, czytamy książki, oglądamy filmy.

Niektórzy sięgają po instrument od czasu do czasu, np. przy ognisku, na imprezie. Albo porysują sobie coś na marginesie, pokolorują „odstresowującą” kolorowankę, lub wyszywają, szydełkują, dekorują. Znam wielu ludzi, dla których takie twórcze momenty dorosłego życia są bardzo istotne i traktują je bardzo poważnie. Co jest dowodem, że kryje się za tym jakieś głębsze przeżywanie siebie i świata dzięki sztuce. I to jest właśnie esencja tzw. drugiej drogi terapii przez sztukę. Można to robić mniej lub bardziej świadomie. Jeżeli w środku czujemy autentyczną chęć, czy potrzebę kontaktu ze sztuką lub samego tworzenia to jest szansa, że dzięki temu, nie tylko się zrelaksujemy, ale mamy możliwość przeżycia czegoś głębszego. Na przykład, lepszego zrozumienia samego siebie, sięgnięcia do ukrytych emocji,  odczuwania nowej, świeżej jakości przeżywania, spojrzenia z dystansem na bliskie osoby. O czym, jak pisałem wcześniej, przekonałem się sam na sobie.

Także obserwowałem ten rodzaj autoterapii u osób, które twierdziły, że nie lubią i nie rozumieją sztuki. Natomiast mają swoją ukochaną piosenkę, przy której się wzruszają, sięgając po ważne uczucia i wspomnienia. Mają obrazy z dzieciństwa, które noszą w pamięci i potrafią je odtworzyć słowami, bo ogromnie pobudziły ich wyobraźnie. Potrafią cieszyć się pięknem architektury i przyrody. Dobierają kolory bombek na choinkę, jakby to była sprawa życia i śmierci. Serce im mocniej bije jak myślą o niektórych bohaterach powieści i ich losach. No i mój ulubiony przykład, jak proszą, żeby zabrać im sprzed oczu ten przygnębiający obraz Marka Rothko, bo źle na nich działa.

Najpraktyczniej

Oczywiście jest też inna grupa ludzi, którzy po prostu są artystami. W większości tworzą z wewnętrznej potrzeby i sięgają w najdalsze zakamarki swojej duszy. Rzadko myślą na świadomym efekcie terapeutycznym jednocześnie ten efekt osiągają. Często mówią: „Nie mógłbym żyć bez muzyki”, „Moje obrazy to moje dzieci, kocham je i trudno mi je czasem zrozumieć”, „Każdy bohater mojej powieści to trochę ja sam”, „Kiedy fotografuję, jestem w harmonii ze sobą” i wiele innych. Sam Mark Rothko powiedział, że „Obraz to nie jest wizerunek doznania; to jest doznanie”. Można zatem powiedzieć, że w twórczych działaniach artysty jest wpisany w dużym stopniu proces autoterapii.

Podsumowując: do korzystania z tej drogi terapii przez sztukę potrzebujemy potraktowania własnych potrzeb i działań twórczych szczerze i poważnie, żeby nastąpił proces leczenia.

Dwie drogi. Obie znam. Mogę zabrać Was w podróż jako skromny przewodnik. Zapraszam…

Jeżeli chcesz się dowiedzieć więcej, to zapraszam do zapoznania się z innymi wpisami na BLOGU. Możesz też zapytać mnie osobiście w sekcji KONTAKT. Zachęcam też do zostawienia komentarza pod spodem wpisu.

Podobne treści

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *